Wakcje: Kajakiem przez diecezję

 

            W dniach 28 czerwca – 6 lipca odbył się doroczny spływ kajakowy, którego uczestnikami (w większości) byli ministranci i lektorzy z naszej diecezji. W minionych latach pływaliśmy z dala od domu – po Czarnej Hańczy i Brdzie. Tym razem wybór padł na Drwęcę – rzekę, która przecina diecezję toruńską od wschodu ku zachodowi, co pozwoliło nadać spływowi hasło: „Kajakiem przez diecezję”. Spływ rozpoczęliśmy w Nowym Mieście Lubawskim, a zakończyliśmy w Toruniu. Poniższa relacja, ujęta w formie alfabetycznego zapisu, mówi o najważniejszych wydarzeniach, przeżyciach i refleksjach, które stały się naszym udziałem.

 

A – alkohol. Sądząc po tym, co można było zobaczyć w Drwęcy i nad nią, do rozwiązania problemu alkoholowego w Polsce droga jeszcze daleka. W rzece pływało mnóstwo butelek i puszek opróżnionych z „procentowej” zawartości, zaś niemała część wędkarzy na brzegach „rozgrzewała się” w oczekiwaniu na taaaaką rybę…

B – biwaki. Kilka nocy na twardej karimacie, mycie w rzece, mało komfortowe, delikatnie mówiąc, toalety – wszystko to pozwoliło cieplej spojrzeć na to, czego na co dzień może już nie dostrzegamy – wygodę domowych pieleszy.

C – cisza. Spływ to wejście w inny świat. Porzuciliśmy zgiełk miasta, jazgot mediów, stres i pośpiech, zamieniając to na leniwy ruch wioseł miarowo odgarniających wodę. Do uszu dotarł śpiew ptaków, szum wiatru. Kontrast najpełniej ujawniał się w punktach przecięcia z życiem na lądzie – w mijanych miastach i pod mostami, którymi pędziły samochody.

D – Drwęca. Z liczącej ponad 200 km długości rzeki, większość, bo około 160 km padła naszym łupem. Drwęca nie nastręcza specjalnych trudności. Nie ma w niej bystrzy, nie przegradzają jej (przynajmniej na całej szerokości) zwalone pnie drzew, niewiele jest przenosek, jedynie dla mniej wprawionych kajakarzy pewnym wyzwaniem mogą być liczne zakręty. Brakuje też miejsc do biwakowania, w czym wina wysokich, niedostępnych brzegów i… braku dbałości o turystów ze strony gospodarzy mijanych gmin.

E – ewangelizacja. Spływ stanowił swego rodzaju rekolekcje na wodzie. Jego integralną częścią była codzienna Eucharystia, katechezy, dyskusje w grupach, wieczorna modlitwa. Każdemu uczestnikowi zostały postawione podstawowe pytania: kim dla ciebie jest Jezus Chrystus? Które miejsce zajmuje On wśród priorytetów twego życia? Czy jest ową „drogocenną perłą” (por. Mt 13,45-46), za którą – wzorem ewangelicznego kupca – byłbyś gotów wszystko oddać?

F – fakty. W spływie wzięło udział ponad czterdziestu uczestników wyłącznie płci męskiej: dwóch kapłanów, trzech alumnów z toruńskiego seminarium duchownego, pilot, dwóch ratowników, świecki opiekun, dwoje dzieci oraz przeszło trzydziestu ministrantów i lektorów z parafii w Toruniu, Kowalewie Pomorskim, Tereszewie, Boleszynie, Orzechowie, Unisławiu…….

G – pan Grzegorz, pilot. Po raz trzeci bezpiecznie przeprowadził nas przez głębie i mielizny. To on dowodził na wodzie. Prawdziwa skarbnica wiedzy o turystyce kajakowej; życzliwy, cierpliwy, a gdy trzeba – stanowczy.

H – humor.  Nie opuścił nas nawet piątego, kryzysowego dnia, gdy deszcz „uziemił” nas (dosłownie!) w Brodnicy. Przymusowy postój osłodziły dwie godziny piłki nożnej w wynajętej hali sportowej.

I – improwizacja. Czwartego i piątego dnia, gdy zalały nas potoki deszczu, misternie ułożony plan spływu mocno się zachwiał. Ks. Sławek, główny organizator, przeszedł wówczas prawdziwy egzamin „menadżerski”..

J – jeziora. Drugiego i trzeciego dnia pływaliśmy po Pojezierzu Brodnickim – naszych „diecezjalnych Mazurach”. Przepięknym szlakiem, przez jeziora Bachotek, Strażym, Kurzyny, Robotno, Dębno i łączącą je rzekę Skarlankę dotarliśmy aż do Wielkich Partęczyn.

K – kapłani. Ks. Sławomir Witkowski, ojciec duchowny z toruńskiego seminarium duchownego oraz ks. Adam Lis, wikariusz z Kowalewa Pom., włożyli wiele serca zarówno w posługę duszpasterską (Eucharystie sprawowane z pietyzmem na ołtarzu z kajaków, dotykające serca homilie, stała gotowość „w konfesjonale”), jak i w codzienne, serdeczne, przyjazne kontakty                  z uczestnikami.

L – lektorzy. Sympatyczni chłopcy z różnych stron diecezji, bardziej niż ich rówieśnicy zaangażowani w życie Kościoła.

Ł – łaska uświęcająca. Jak podkreślili księża, cieszy fakt, iż ministranci mają świadomość, że grzech ciężki zagradza drogę do Eucharystii i nie przyjmują Komunii św. w sposób świętokradzki. M – modlitwa we wspólnocie. Niezwykle budująca była otwartość, z jaką chłopcy podejmowali zachęty do głośnego formułowania osobistych próśb, podziękowań. Doświadczyliśmy modlitwy świeżej, dalekiej od mechanicznie „klepanego” pacierza.

N – nieposłuszeństwo, czyli korzeń wszelkiego grzechu. To z powodu nieposłuszeństwa komuś trudno było zasnąć, bo niektórzy mimo ogłoszonej ciszy nocnej „musieli” głośno rozmawiać; to z powodu nieposłuszeństwa, mimo wyraźnych wskazówek pilota, ktoś bezsensownie wyrżnął kajakiem w kamień lub w inny kajak i… dziura gotowa, konieczna była naprawa; to z nieposłuszeństwa komuś przydarzyła się niestrawność, itd., itp.

O – orzeł bielik. Udało mi się go zobaczyć dwukrotnie: na jeziorze Wielkie Partęczyny oraz na Drwęcy w okolicach Okonina. Piękny, majestatyczny ptak, skupiający w sobie cechy będące nie lada wyzwaniem dla kraju, który obrał go sobie za symbol…

P – pogoda. Ta passa nie mogła trwać wiecznie… Po bezdeszczowych, gorących spływach                     w minionych latach, przyszedł czas na „próbę wody”. Posmakowaliśmy zatem, co to znaczy płynąć w ulewnym deszczu, w mokrych ubraniach; nauczyliśmy się czekać w obozie „na zmiłowanie”, a przede wszystkim – przekonaliśmy się, że nie jesteśmy z cukru…

R – ratownicy, czyli pan Arek (po raz trzeci) i pan Ryszard. Na szczęście i tym razem nie musieli interweniować, natomiast wzmacniali nasze poczucie bezpieczeństwa. Pan Ryszard, nie wymawiając – „młodzieniec” 74-letni, zarażał nas humorem i odpornością na niewygody, a wiosłując od niechcenia (lata praktyki!), z łatwością dotrzymywał tempa nam, młodszym o całe dziesięciolecia. Strach pomyśleć, co by było, gdyby wziął się do wioseł solidnie…

S – słońce. Na początku towarzyszyło nam wiernie, wręcz paliło, po czym porzuciło nas na długie dwa dni. Potem, aby nas udobruchać, pojawiało się dokładnie w momencie, gdy rano wsiadaliśmy do kajaków. Zawiodło ostatniego dnia, wskutek czego panoramę toruńskiej starówki przyszło nam podziwiać z Wisły na tle szarego, zasnutego chmurami (ale bezdeszczowego!) nieba.

Ś – świątynie. Przestępując progi bazyliki św. Tomasza Apostoła w Nowym Mieście Lubawskim, kościołów św. Katarzyny w Brodnicy i Golubiu, czy bazyliki katedralnej Świętych Janów w Toruniu, poczuliśmy „gotyk na dotyk”. Siedemsetletnie kościoły pomogły nam uświadomić sobie, jak bardzo chrześcijaństwo jest zrośnięte z naszą małą ojczyzną…

T – Toruń. Gdy wpływaliśmy na Wisłę w Złotorii, opadł nas dreszczyk emocji, bo fala była dość wysoka, a w oddali widać już było dwa mosty wyznaczające kres wędrówki. Finisz wzdłuż Bulwaru Filadelfijskiego był niczym deser na koniec uczty…

U – ustawienie namiotu podczas ulewy. Choć w Brodnicy wszyscy mieliśmy zapewnione lokum pod dachem w stanicy kajakowej, niektórzy wybrali nocleg w namiocie. Pozostali uczestnicy patrzyli z podziwem lub pukali się w głowę…

W – wywrotki. Pierwsza nastąpiła już na trzecim kilometrze; druga i trzecia – w połowie trasy. Schemat ten sam: leniwy nurt uśpił czujność, a potem nagle pojawiło się zwalone drzewo, kajak, wepchnięty pod pień szybko nabrał wody i… pozostało się tylko suszyć, po uprzednim wyłowieniu dobytku, ze stoickim spokojem przyjmując oznaki wesołości ze strony tych, którzy się nie zamoczyli…

Z – zawierzenie, że dopłyniemy do końca. Prawdziwy egzamin przeszliśmy siódmego dnia, gdy od rana lał deszcz, nocleg wypadł 12 km od miejsca, w którym zostawiliśmy kajaki, samochód, którym mieliśmy dojechać do punktu startu, zepsuł się i trzeba było wzywać mechanika, a przy okazji – zorganizować alternatywny środek transportu. Co więcej, na ten dzień mieliśmy zaplanowaną… podwójną dawkę kilometrów, aby nadrobić przymusowy dzień postoju w Brodnicy. I co? Pan Bóg tak wszystko „poukładał”, że późnym popołudniem dopłynęliśmy do celu…

Ż – życzliwość ludzka. Bez niej byłoby ciężko… Doświadczyliśmy jej od ks. Andrzeja Srebrzyńskiego, proboszcza z Mszana, który „wyczarował” nam superwygodny nocleg w dawnej szkole w Budach i jeszcze „postawił” po drożdżówce; od Danki i Krzysia Dębińskich, którzy ugotowali i przywieźli do Brodnicy królewski obiad dla czterdziestu „chłopa”; od pana Romana Żołnowskiego, kierownika stanicy kajakowej w Brodnicy, który przyjął nas, zmokłych niczym kury, pod dach na dwie ulewne noce i jeden dzień; od rodziców uczestników, którzy przyjeżdżając w odwiedziny, „rozpieszczali” nas ciastkami i drożdżówkami.

 

Tegoroczny spływ za nami. Tak jak poprzednie, połączył odpoczynek z szansą pogłębienia życia duchowego, otworzył oczy na piękno ojczystej przyrody, pozwolił z większym dystansem spojrzeć na prawdziwe i pozorne problemy, zaprzątające na co dzień nasze głowy. Po raz kolejny stał się szkołą odpowiedzialności, odporności na niewygody, walki z własną słabością.

Ciąg dalszy nastąpi – już za rok!

Tomasz Strużanowski

Article written by rzbochen